środa, 9 listopada 2016

Najgorszy dzień na studiach



         Nie żadne kolokwium, na które zapomniałam się nauczyć. Nie wejściówka, ani odpytywanie przy tablicy. Nie ciężkie praktyki w terenie. To oddawanie pracy magisterskiej sprawiło, że ten dzień był dla mnie najgorszy w historii studiów.

            Mogłoby się wydawać, że to tylko formalność, że praca napisana, wystarczy oddać i już z głowy. Ale nie. Jak zawsze wszystko musi być „na szybko”, dodatkowo uczelnia funduje mnóstwo formalności, które trzeba spełnić. 

            Rano praca wydrukowana wylądowała w teczce. Nie oprawiona z braku czasu. Gdyż dostałam dwa dni na ostatnie poprawki, czyli poprawienie połowy pracy i dopisanie drugiej połowy. Super. Kawa stała się moim najlepszym przyjacielem a kręgosłup odmawiał już posłuszeństwa dzięki dwóm dobom spędzonym przy kompie. Mimo czerwonych oczu niczym po ekstra imprezie, wsiadłam do pociągu o 5 rano i jadę. Jadę do miasta, przecież oprawię sobie pracę na miejscu. Najpierw skoczę do promotora po podpis na pierwszej stronie, potem oprawię i do dziekanatu – prosta droga. Jasne! Tego dnia popsuło się chyba wszystko, co tylko mogło się popsuć. 

            Najpierw – sprawdzanie w systemie antyplagiatowym. Siedzę jak na szpilkach. Jezu! Czy moja umiejętność zmieniania kolejności wyrazów w zdaniu jest wystarczająca??? Wszystko ok. Można odetchnąć. Chociaż tyle. Zdobyłam podpis promotora.
- Pani idzie oprawić pracę, zarejestrować w dziekanacie i z powrotem do mnie. Czekam 40 min.
- Z powrotem? Ale po co?
- No bo praca musi wrócić do mnie, żebym mógł recenzję napisać. 

            Jakaś popieprzona kolejność. Latać w tę i z powrotem. No, ale nic. Nie on ustala zasady. Dziękuję, żegnam się i wychodzę pędem. Do ksero nie jest wcale tak blisko. Po drodze minęłam dziekanat…. I już wiedziałam, że 40 min to za mało. Będę musiała chyba udawać jakąś młodą profesorkę, żeby wcisnąć się w tę kosmiczną kolejkę oddających pracę na ostatnią chwilę – tak jak ja. Boże, co Ci studenci mają w głowach, że każdy uznał 30 września za idealny termin udania się do dziekanatu. 

            W ksero stracone 10 min. Bo praca jest za gruba, po cholerę się tak opisałam. Nawet oprawy na mają pracę nie mają na miejscu. Mogłam nie dawać tylu załączników, przecież i tak nikt tego nie sprawdza… 

            Po 45 min w kolejce z innymi równie zniecierpliwionymi dyplomantami, weszłam. W końcu. Z uśmiechem podaję pracę i milion potrzebnych dokumentów kochanej pani z dziekanatu. Pani patrzy, patrzy, sprawdza, zaczyna wpisywać w komputer. Stoję i czekam. I czekam, i czekam…. Serio? Czy w biurze nie powinien pracować ktoś, kto biegle umie obsługiwać komputer i ogarnia pisanie na klawiaturze więcej niż dwoma palcami?

- A gdzie tytuł pracy po angielsku?
- CO???
- Nie ma pani tytułu po angielsku wpisanego na stronie tytułowej. A praca już oprawiona. Ja takiej pracy nie mogę przyjąć. – daje mi moją pracę do ręki. Ja się gapię jak sroka w gnat. Serce mi wali, w ustach zaschło. To koniec. Przez brak jednej linijki na stronie tytułowej.
- To…co ja mam teraz zrobić? – modlę się o jakiś ratunek.
- Niech pani leci do ksero, wpisze ten tytuł i wydrukuje od nowa tą stronę, to się na wierzch naklei. Już takie rzeczy robiłam. Nie ma problemu! – Druga pani z dziekanatu ma głowę na karku. Tylko jak to zrobić? Promotor czeka, praca nadal nie zarejestrowana. On mnie zabije. Zabije! Może lepiej najpierw sprawdzę, czy w ogóle jeszcze czeka. Nie czekał… Drzwi zamknięte. Stróżki zimnego potu spływają mi po twarzy. Już widzę jak dyplom woła mi „pa pa”… 

            Kompletnie zrezygnowana, zastanawiając się co powiem w domu, o tym, że magistrem zostaję jednak za rok, idę do wyjścia. Nagle za oknem widzę go. Jest! Moja ostatnia szansa zaraz wsiądzie do samochodu i odjedzie, zabierając moje marzenia o karierze. Szybciej chyba nigdy nie biegłam.
- Panie profesorze jest problem. – dyszałam tak, że nawet nie wiem czy mnie zrozumiał. Bo patrzył się niewyraźnie.
- Zapraszam do mnie. 

            I tym sposobem mój promotor wymyślił mi tytuł po angielsku i wydrukował stronę tytułową. Przy kolejnej wizycie w dziekanacie naprawiłam pracę przy użyciu nożyczek i kleju do papieru.  Udało się wszystko załatwić, chociaż uczcie wstydu o własnej nieporadności przypomina mi się do dziś. 
       Można mówić mnóstwo złych rzeczy o studiach. Ale mój promotor okazał się mega pomocny. Poświęcił dla mnie swój prywatny czas, spóźnił się na spotkanie, przez moją własną głupotę i roztargnienie. Jednak nie zdenerwował się ani na chwilę, podczas gdy ja byłam kłębkiem nerwów. Dziękuję.

P.S. Dobrze, że pani w dziekanacie nie zauważyła, że brakuje mi również streszczenia :D

23 komentarze:

  1. Ja na trzy dni przed obroną nie wiedziałam, czy do niej podejdę, bo nie miałam na USOSie wystawionej recenzji, a przez to zatwierdzonej pracy :p

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej, niesamowita historia! Czytałam z zapartym tchem :D Musiałaś się naprawdę stresować... Dobrze, że dzięki ludzkiej życzliwości wszystko się dobrze skończyło :) Przy ostatnim zdaniu ciężko się było nie uśmiechnąć ;D
    ~Ter

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stresowałam się tym streszczeniem aż do obrony, ale na szczęście nikt nie zauważył :-)

      Usuń
  3. Pisałam 3 pracę licencjacka i dwie magisterskie i zawsze były jakieś problemy. Na szczęście czasem trafiamy na dobrych ludzi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziwiam! Naprawdę, jestem pod wrażeniem! Ja ledwo miałam nerwy i siłę na jeden kierunek ;)

      Usuń
  4. zazdroszczę takiego promotora :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bywało różnie z naszą współpracą, ale faktycznie wykazał się cierpliwością i pomocą, gdy było trzeba, więc jest czego zazdrościć :)
      Dziękuję za komentarz i zapraszam ponownie

      Usuń
  5. Ja też miałam nie za ciekawie. Prestiżowa uczelnia w Warszawie a takie "hocki - klocki" .. Mój promotor na 2 dni przed oddaniem pracy powiedział, że mi pracy nie przyjmie. Ogólnie nie tylko mnie ale i całej mojej grupie seminaryjnej. Do oddania prac 2 dni a szanowny pan profesor ciągle poprawiał jakieś duperele w wstępach i stronie tytułowej. To nic, że wcześniej na wszystko przyzwolił i pozwolił robić badania itp. Nagle mu się odmieniło. To my, to znaczy ja z grupą seminaryjną, poszliśmy do dziekanatu przedstawić całą sytuacje, że nas nie chce dopuścić do obrony bo nagle mu się cała praca nie podoba. Dziekanat powiedział nam, że jak znajdziemy innych promotorów, którzy w 2 dni sprawdzą nam prace i ją zaakceptują to możemy się bronić w czerwcu. Ja pierdziele, co to był za stres ... połowa grupy sobie odpuściła i stwierdziła, że może bronić się we Wrześniu ale ja nie miałam czasu bo nie dość, że mieszkałam w Wawie na wynajmowanym mieszkaniu 300 km od domu, to jeszcze w tym czasie szykowałam się do wyprowadzki do Korei i miałam już zakupiony bilet. Także do dopiero cud i sprint, że w ciągu 20 min udało mi się znależć innego promotora, który na miejscu sprawdził moją pracę i mogłam ją zaakceptowaną oddać do dziekanatu. 3 tyg później miałam obronę. Cała ta sytuacja takiego stresa mi dała, że schudłam kilka dobrych kilogramów. A szanowny pan profesor już tam nie pracuje ... bo złożyliśmy na niego skargę, ale też inni studenci mieli do niego wiele zażaleń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na każdej uczelni znajdzie się ktoś, kto chce tylko utrudnić studentom życie. Przebiłaś moją historię! Cieszę się, że jednak się udało. Szkoda tylko tego stresu, który przeżyłaś.

      Usuń
    2. Stresu się najadłam... to fakt, ale na szczęście po zmianie promotora wszystko poszło łatwo i gładko :D Teraz mam przekichane na moją uczelnię :P Chociaż ... planuje doktorat :P haha

      Usuń
  6. Ja w tym roku będę pisać pracę licencjacką, więc trochę mi strachu narobiłaś tym wszystkim. Zwłaszcza, że rok starsza koleżanka miała podobne problemy jak ty i yyle się oklnęła, że głowa mała.
    Dobrze, że dało się to uratować ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie od dziś wiadomo, że na studiach trzeba o swoje zawalczyć i nie wszystko idzie gładko. Mimo wszystko, zwykle się kończy dobrze. Trzymam kciuki za Twoją pracę licencjacką :)

      Usuń
  7. Dziękuję a przemiły komentarz na moim blogu..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała przyjemność po mojej stronie Pani Elu :)

      Usuń
  8. Dobrze, że ja ten etap mam za sobą. tylko, że na mgr się nie wybieram. w czerwcu nie udało mi sie obronić,bo nie zdazylam ze wszystkim. ciagle mojej promotorce coś nie pasowało. miałam zamiar podejść w pazdzierniku na poprawce. tez byłam kłębkiem nerwów, bo co rusz poprawiałam błędy, a promotorka ciagle zle zle i zle. nawet nie mogla mi wytlumaczyc gdzie mam błedy . w sumie mialam wrazenie, że była tym promotorem za karę.
    usiadłam do poprawek, zajelo mi to 2,5h !! wszystko dokladnie sprawdziłam itp., wysłałam i - jest ! udało się, zaakceptowała ! 24.10 mialam obronę i pod koniec listopada moge jechac i odbierać dyplom, a mialam sobie odpuscić i probować za rok ! ciesze sie, że przyjaciolka mnie kopnela w dupsko i juz mam ten caly stres za sobą.

    http://pa2ul.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję :) Też niedługo jadę odebrać dyplom.

      Usuń
  9. Znam ten stres :D I choć sporo czasu minęło od mojej magisterki, to egzamin wspominam jako najgorszy w życiu (obok tego na prawo jazdy). Wcale nie było tak łatwo, jak mówili, że będzie... :/

    www.bookiecik.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim przypadku sam egzamin to już była pestka ;) Pozdrawiam!

      Usuń
  10. Bardzo się cieszę, że studia mam za sobą. Na początku poszłam do szkoły policealnej, gdzie nauka kończyła się egzaminem zawodowym. Było spoko. Licencjat też okej. Najwięcej problemów było z oddaniem pracy mgr :) A potem samą obroną bo wszystko było kiepsko zorganizowane!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również się cieszę, że jestem już po studniach :)

      Usuń
  11. Lubię czytać historie o dobrych ludziach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie są najprzyjemniejsze i wracają wiarę w ludzkość. Pozdrawiam :)

      Usuń
  12. Super historia,fajnie się czyta,chociaż pewnie w momencie ,w którym sie rozgrywała to było kiepskie przeżycie. W tym roku akademickim u mnie licencjat zobaczymy jak pójdzie mam nadzieję,że dobrze. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń